książka Siedemdziesiąt siedem słoni

Siedemdziesiąt siedem słoni

Książka Piotra Biedrzyckiego długo czekała na moją recenzję, zatem najwyższy czas spisać myśli. Jej akcja dzieje się w Indiach, więc bardzo cieszyłam się na tę lekturę, ale jednocześnie miałam wysokie oczekiwania. Czy je spełniła?

Indie często stają się bohaterem książek polskich autorów. Najczęściej mają formę bliską reportażowi, ale na rynku jest też niemało książek naukowych. Tymczasem „Siedemdziesiąt siedem słoni” to powieść przygodowa. Choć nie jest to debiut literacki autora, prędzej skojarzycie go jako twórcę serii filmów podróżniczych „77 słoni”.

Indie – kłopoty, przygody, magia

Główny bohater, Piotr, przybywa do Bombaju i od razu pakuje się w kłopoty. Już w drodze z lotniska do hotelu zostaje pobity i okradziony. Na jego szczęście dzieje się to blisko slumsu Dharavi, w którym, dzięki życzliwości i opiece mieszkańców, wraca do sił, by zacząć swoją wielką przygodę. O jego dalszym losie decydują różne przypadki i niezwykłe zbiegi okoliczności. Wkrótce trafia do świata bollywoodzkich filmów, ociera się o narkotykowy półświatek i oczywiście spotyka wielką miłość.

Cała historia jest nieprawdopodobna (nawet jak na Indie) i autor najwyraźniej ma tego świadomość. Stara się ją uwiarygodnić przez staranne osadzenie w indyjskich realiach. Widać tu dużą troskę o tło historyczne, detale i włączenie w fabułę prawdziwych zdarzeń. Dzięki temu w tekście pojawiają się różne ciekawostki, np. o słynnej (wręcz kultowej) Leopold Cafe, która kiedyś była… sklepem handlującym naftą, albo o najstarszym kinie w Indiach (Regal Cinema). Przeczytamy tu o hinduskich obyczajach i świętach, także tych mniej znanych jak Ratha Yatra (festiwal wozów). Na kartach książki spotkamy też Danutę i Andrzeja Gliwiczów, czyli znane polskie małżeństwo występujące w filmach kręconych w Bollywood.

Śledząc losy Piotra można się wiele dowiedzieć o Indiach. Nie jest to może wiedza „dla zaawansowanych”, ale dość rzetelna i podana w ciekawy, przystępny sposób. W trakcie lektury nabierałam przekonania, że autor włożył dużo pracy w poznanie historii i kultury Indii oraz przeczytał wiele książek na ten temat. Dostrzegam, doceniam, jednak to dla mnie za mało.

Czego oczekuje czytelnik?

Sięgając po powieść o Oriencie, chciałabym przenieść się do innego świata. Zanurzyć się w jej karty i znaleźć się w środku opowieści. Tymczasem autor poprzez ciągłe odniesienia do Polski utrudnia wejście w ten egzotyczny świat. Co chwilę wyrywa nas z Orientu i wrzuca na chwilę do Polski, by zaraz wrócić nad Ganges. Jakby brakowało mu pomysłu, jak opisać Indie, i zaufania do czytelniczej wyobraźni. Podsuwa nam proste porównania, którymi zaburza rytm książki. Irytowało mnie to zwłaszcza na początku opowieści, z czasem raziło trochę mniej, bo zaczęłam sobie to tłumaczyć tęsknotą narratora za krajem i jego poczuciem obcości w tym nowym dla niego świecie. Na szczęście im dłużej przebywał w Indiach, tym bardziej wciągał się w ten świat, a im lepiej go rozumiał, tym rzadziej szukał analogii do świata zachodniego. Niestety pod koniec książki te porównania wróciły z irytującą częstotliwością.

To nie jedyne fragmenty przez które trudno przebrnąć. Wątek miłosny i sceny miłosne zdecydowanie nie są atutem tej książki. Opisom tej relacji brak autentyczności i dojrzałości.

Przepis na bestseller?

Niedociągnięć jest więcej. W mojej ocenie głównym przewinieniem autora jest jego postanowienie napisania bestsellera na miarę “Shantaram”. Nie dobrej, wciągającej powieści, ale hitu sprzedażowego. Wprawdzie jedno drugiego nie wyklucza, ale w tym przypadku dążenie do sukcesu komercyjnego bardzo zaszkodziło książce.

Autor niestety nie szukał własnego przepisu na sukces, ale postanowił naśladować „Shantaram” Gregory’ego Davida Robertsa.

książki Shantaram i Cień góry

„Siedemdziesiąt siedem słoni” to nie plagiat, takie oskarżenie byłoby przesadą. Ale też nie niewinna zabawa literacka, choć autor próbuje to sugerować. Chce zdusić wrażenie, że przekroczył granicę i otwarcie wprowadza na karty książki Biuro zaginionej miłości Didiera Levy’ego (kto czytał „Shantaram”, zna je doskonale). Ten zabieg ma połączyć książki, być takim mrugnięciem okiem w stronę czytelnika. Niestety w kontekście licznych podobieństw fabuły tylko dopełnia złe wrażenie. Żałuję, że autor nie poszedł własną literacką drogą, efekt byłby z pewnością dużo ciekawszy.

[Piotr Biedrzycki, Siedemdziesiąt siedem słoni. Novae Res, 2018.

Interesują Cię książki o Indiach? Znajdziesz ich na tym blogu więcej. Na przykład tutaj.

2 myśli na temat “Siedemdziesiąt siedem słoni

Dodaj komentarz