książka Wojciecha Jagielskiego

Na wschód od zachodu

Do tej pory Wojciech Jagielski kojarzył mi się z dobrym piórem i ciężką, wojenną tematyką. Teraz do tych skojarzeń dorzucam… hippisów. Nie, nie zapuścił włosów i nie wskoczył w kolorowe ciuchy, ale wydał książkę, na kartach której podróżuje tropem dzieci kwiatów do Indii.

Intrygujący i genialny w swej prostocie tytuł – „Na wschód od zachodu” oraz fakt, że czytałam wcześniej obiecujący fragment tej książki w magazynie „Kontynenty”, sprawiły, że udało mi się rozciągnąć czas. Chociaż ostatnio trudno było o dłuższą chwilę na czytanie, udało się nazbierać trochę krótszych ;). Książka jeździła ze mną wszędzie, czasami wzbudzając zainteresowanie współpasażerów, bo piękna (choć banalna) okładka przyciąga wzrok.

Trzy w jednym

Takie „szarpane” czytanie, którego na co dzień bardzo nie lubię (o ileż przyjemniej jest zasiąść do lektury w wygodnym fotelu, z kubkiem herbaty), przy tej książce sprawdziło się doskonale. Dlaczego? Bo ta książka też jest „poszarpana” – składają się na nią trzy bardzo różne teksty, z zupełnie innym stylem narracji. Gdy czyta się ją z doskoku, te nierówności przeszkadzają trochę mniej.

Wyprawa przez pustynię

Pierwsze, najkrótsze opowiadanie (choć Jagielski to reportażysta, słowo reportaż zupełnie tu nie pasuje) uważam za najlepsze – dopracowane, inteligentne i zabawne. Zaryzykuję stwierdzenie, że pozostałe dwa rozdziały książki razem wzięte nie mówią o Indiach tak dużo jak ten.
Narrator, dla zabicia czasu, przyłącza się do Koleżki – hippisa z Walli, jego dziewczyny Maggie i Duńczyka zwanego przez Indusów Eliksirem. Nawiasem mówiąc, historia tej ksywki to zabawna ciekawostka warta przeczytania. Razem ruszają na wyprawę na wielbłądach przez pustynię Thar z Dżalsajmeru do odległego o pięćset kilometrów świętego miasta Puszkar. Przyznam, że autor uśpił moją czujność i zakończenie eskapady mnie zaskoczyło, choć jest bardzo indyjskie i po prostu nie mogło być inne.

Ucieczka hippisów

Na kolejnych stronach pojawia się Święty Nikt – Holender oraz dziewczyna z Polski – Kamal (wcześniej Kamila). On włóczęgę ma we krwi – jego ojciec kucharz zaciągnął się na służbę na morzu i co chwilę zaczynał życie od nowa w kolejnym dalekim porcie. Każdorazowo ściągał w nowe miejsce rodzinę i otwierał biznes, który szybko plajtował. Ona pochodzi z tzw. dobrej rodziny i nigdy niczego jej nie brakowało. Studiowała i miała zostać dziennikarką, jak jej matka. Co zatem ich łączy? Oboje ruszyli w podróż uciekając od zachodniej cywilizacji, a przystankiem końcowym okazały się Indie. On przyjechał do Indii w latach 60., ona w latach 90.

Niespodzianka

Jagielski przeplata losy Świętego i Kamal opowieściami ze swoich wypraw, nie tylko do Indii. Raczy nas sugestywnymi obrazami współczesnych i dawnych Indii. Zabiera w miejsca znane, przytacza popularne historie (np. o Beatlesach i ich pobycie w aśramie), ale dodaje do nich swoje refleksje, które są największą wartością tej książki. To dla nich warto się przyłączyć do tej podróży. W tych opowieściach jest dużo smaczków, ciekawostek i, przede wszystkim, jest dobre pióro. Ale niestety nie możemy się nim cieszyć do ostatnich kart książki. Rozdział trzeci zaskakuje zmianą sposobu narracji i jest to niezbyt przyjemna niespodzianka, podobno nakreślona ręką Grażyny Jagielskiej. Wprawdzie dowiadujemy się bardzo dużo o indyjskich losach Kamal, ale to jedynie zaspokojenie czytelniczej ciekawości i niewiele więcej. Szkoda.

[Wojciech Jagielski, Na wschód od zachodu. Wydawnictwo Znak, 2018]

3 myśli na temat “Na wschód od zachodu

Dodaj komentarz